Strona rodziny Nowickich
Strona Główna | MÓJ BLOG | RÓD JAKUBA | GENEALOGIA | MIEJSCA | GROBY | FORUM JAKUBOWE | KONTAKT |
Nawigacja
Strona Główna
MÓJ BLOG
RÓD JAKUBA
GENEALOGIA
MIEJSCA
GROBY
FORUM JAKUBOWE
FOTKI
CIEKAWE STRONY
KONTAKT
co nowego?
Download
Kategorie Newsów
FAQ
Szukaj
Online
Gości Online: 1
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanch Uzytkowników: 29
Nieaktywowany Użytkownik: 29
Najnowszy Użytkownik: Wojciech
Ostatnie Artykuły
Karta sierżanta Mich...
Anna Nowicka - przełom?
Jakub młodszy, odnal...
Najmłodszy bohater s...
DRUŻBIN
Najmłodszy bohater spod Darnicy

8 kwietnia minęła 69-ta rocznica bitwy polskich przeciwlotniaków, stoczonej z trzema eskadrami niemieckich Junkresów Ju-88, na stacji kolejowej w Darnicy (dziś jedna z dzielnic Kijowa).  Chrzest bojowy 1 Samodzielnego Dywizjonu P-lot, działającego w składzie Armii Berlinga, okupiony został śmiercią 51 żołnierzy polskich, w tym kanoniera Zdzisława Kalinki, syna Michała i Bronisławy z domu Nowickiej, siostry mojego pradziadka.

Opis tej bitwy znalazł się w kilku publikacjach, w tym fabularyzowanej książeczce, z popularnej niegdyś serii „z tygrysem”. Właśnie w pozycji Stanisława Biskupskiego z 1968 roku, możemy przeczytać jak wyglądały ostatnie godziny życia młodego żołnierza. Oto historia obrońcy darnickiego, a zarazem najmłodszego żołnierza tamtej bitwy, któremu nie dane było z wojny wrócić do rodzinnego domu.

Pierwszy dywizjon przeciwlotniczy sformowany został w Sielcach nad Oką 17 lipca 1943 roku. W jego skład wchodzili Polacy z różnych stron ZSRR, którzy nierzadko przemierzali tysiące kilometrów, aby wstąpić do polskiego wojska. Armia  Berlinga dla wielu była drugą szansą (po ewakucaji Korpusu Andersa) wydostania się z łagrów, lodowatych syberyjskich uroczysk, miejsc zesłania, gdzie wegetowali w nieludzkich warunkach, wywiezieni z całymi rodzinami przez sowietów po 17 września 1939 r. Tak było również w wypadku Zdzisława Kalinki (ur. w 1926 roku), który całą rodziną: ojcem, matką, siostrami Adaminą i Krystyną oraz starszym bratem Czesławem wywiezieni zostali z Wilna do azjatyckiej części ZSRR. Ojciec Michał i siostra Zdzisława - Krystyna,  mieli szczęście i razem z Armią Andersa ewakuowani zostali do Iranu kilkanaście miesięcy wcześniej. Młody Zdzisław został powołany jako poborowy przez komisję wojskową w jednej z zagubionych na Syberii wiosek przesiedleńców. Trafił do polskiej jednostki podczas jej szkolenia na smoleńszczyźnie, prawdopodobnie na przełomie 1943 i 1944 roku. Był najmłodszym żołnierzem w oddziale i jak wspominają po latach weterani - jego ulubieńcem, nad którymi starsi koledzy starali roztaczać się na ile mogli opiekę. 

Pierwotnie na stanie jednostki służyło 30 oficerów 99 podoficerów, 184 szeregowych, czyli w sumie 314 ludzi. Pierwszym dowódcą dywizjonu został podczas formowania ogniomistrz Józef Kruszyna. Pod koniec sierpnia dywizjon został już w pełni uzbrojony i składał się z trzech pełnych baterii: pierwszej i drugiej baterii małokalibrowej z działami 37 mm oraz trzeciej średniokalibrowej uzbrojonej w działa 85 mm, a także plutonu ckm, sztabu dywizjonu, sztabu dowodzenia, plutonu zaopatrzenia bojowego i kwatermistrzostwa.

Bateria małokalibrowa składała się z 4 dział 37 mm, których obsługę stanowili: celowniczy kierunku, celowniczy położenia, pierwszy przelicznikowy, drugi przelicznikowy, ładowniczy oraz dwaj doręczyciele amunicji, a więc 7 ludzi. Bateria średniokalibrowa składała się również z 4 dział, ale w skład obsługi działa wchodziło 6 osób: kierunkowy, podniesieniowy, odczytywacz zapalnika, ładowniczy, dwóch nastawniczych. Na stanie baterii był też PC - przyrząd do kierowania ogniem, niezależny od dalmierza obsługiwany przez 10 osób.

Szkolenie wedle Jerzego Ostrowskiego, autora książki „Pierwszy przeciwlotniczy”, było pospieszne. Problem stanowiło nie tylko różne wyszkolenie bojowe składu dywizjonu, ale także brak polskich oficerów, których zastępowali Rosjanie, co rodziło problemy od komunikacji poczynając do (możemy się domyślać) prawdopodobnej nieufności Polaków wobec czerwonoarmistów, pełniących obowiązki Polaka. Tym ostatnim elementem mieli się zajmować oficerowie polityczni, którzy niejednokrotnie indoktrynowali zwłaszcza młodszych żołnierzy, co powodowało na początku spore problemy , zwłaszcza u ciężko doświadczonych przez sowieckie łagry zesłańców, którym obca była komunistyczna ideologia. Próbowano na pierwszy plan wysunąć kwestię wspólnej walki z Niemcami, co miało być podłożem, dla dalszej pracy „oświatowej” nad rekrutami.

Instruktorzy stosowali różne metody kształcenia bojowego wobec swoich podwładnych. Dowódca dywizjonu mjr Włodzimierz Sokołowski, wpajał m.in. swoim żołnierzom nawyk biegania, podczas wszelkich czynności bojowych, co miało według relacji jego podkomendnych, uczynić ich sprawniejszymi i uratować wielu z nich życie w boju.

6 stycznia 1944 r. dywizjon wysłany jest, po kilkumiesięcznym szkoleniu, na smoleńszczyznę. Tam zostaje wyładowany na stacji Poczynek. Stanowił on osłonę przeciwlotniczą dla elementów 2 Dywizji Piechoty. Dywizjon musiał być  stałej gotowości bojowej. Głównym systemem organizacyjnym dla takiego charakteru służby, był dyżurny operacyjny (DO) stanowiska dowodzenia dywizjonu. Służbę tę pełnili oficerowie sztabu, którzy analizowali meldunki  punktów obserwacyjnych i sprawdzali sytuację na mapach. Prowadzili również łączność z jednostkami lotniczymi, tak aby uniknąć ostrzału swoich samolotów. Dwa razy dziennie dyżurni oficerowie baterii składali DO meldunki. Cztery razy w ciągu doby zarządzał on również tzw. sprawdzanie czasu w pododdziałach .

W Poczynku służba ze względu na srogą zimę odbywa się w trudnych warunkach. Tak opisuje to w swej książce Stanisław Biskupski:

(…) Zamarznięta skorupa smoleńskiej ziemi nie poddawała się łatwo. Łomami i kilofami wgryzali się w jej stwardniały miąższ, wybierali z jej wnętrza ciężkie grudy, drążąc wykop na działa, zasypywany nieustannie śnieżną zamiecią. Dół przykryty deskami musiał wystarczyć za miejsce noclegu. Po kilku dniach, kiedy tlący się wewnątrz piecyk wysuszył już ściany ziemianki i woda przestała wyciekać z zamarzniętej ziemi, poczuli się tutaj jak w domu (…)

Dywizjon zostaje w dalszej kolejności przerzucony na szlak Smoleńsk – Kijów do wsi Łaptiew. Nadal trwają ćwiczenia załóg baterii. Obsługa dział 37 mm miała, w ciągu 20 sekund od ogłoszenia alarmu, być gotowa do otworzenia ognia, a bateria dział 85 mm w minutę. Dywizjon stacjonuje na smoleńszczyźnie do 23 marca 1944 r.

Miejscem, gdzie jednostka  miała stoczyć swoją pierwszą walkę, była stacja kolejowa na węźle z miejscowości Darnica, nad brzegami Dniepru, pod Kijowem. Jednostka miała osłaniać transporty 1 Armii WP i równocześnie przemieszczać się koleją aż do Żytomierza. Osłonę transportu stanowiło działo 1 baterii w części czołowej oraz pluton karabinów p-lot. Dalej pociąg składał się z kolumny z ludźmi i zaopatrzeniem, sprzętem artyleryjskim oraz wagonem z amunicją. Na końcu składu znajdowały się 3 działa 1 baterii oraz drużyna p-lot karabinów maszynowych. Ogień z wagonów miały w razie potrzeby prowadzić działa i karabiny 1 baterii. Dywizjon dotarł na stację 7 kwietnia, gdzie znajdowały się duże transporty z zaopatrzeniem i wojskiem jadącym na front.

Żołnierze 1 baterii por. Kanonienki po bitwie darnickiej.

W godzinach południowych pojawiła się złowieszcza zapowiedź krwawej bitwy. Dwa samoloty rozpoznawcze Luftwaffe przeleciały nad dużej wysokości nad węzłem fotografując węzeł kolejowy:

(…) Z wysokości platformy wagonowej dwa lśniące w słońcu samoloty wyglądają jak trzmiele. Ich jednostajne brzęczenie brzmi w uszach obco i wrogo. Nie zdradzają zamiaru przejścia do ataku, a mimo to ich pojawienie się budzi niepokój. Kanonier Kalinka siedzi w otwartych drzwiach wagonu towarowego i w skupieniu śledzi lot drapieżnych owadów.

- Typ?

Kalinka dostrzega dowódcę, majora Sokołowskiego, który w płaszczu narzuconym na ramiona zatrzymuje się obok. Na rzucone pytanie kanonier uśmiecha się . Zna już te sylwetki na pamięć. Zaimprowizowany egzamin nie może wypaść źle.

- Heinkel 111 – odpowiada bez namysłu.

Major kiwa głową z uznaniem i obaj wpatrują się w dwa błyszczące punkty. Milknie gwar, z otwartych drzwi wagonów wychylają się głowy żołnierzy śledzących wrogi lot.

Stacja zapchana transportami wojskowymi. To wzmaga uczucie zagrożenia. Rzędy czerwonych wagonów towarowych ciągną się długimi wężami, tworząc między sobą wąskie korytarze. Ktoś gra na harmonii. Z dala dochodzi głos śpiewu.

- Smoriat, sukinsyny – zauważa radziecki żołnierz wskazując brodą w kierunku samolotów.(…)

Obaj mają już na tyle doświadczenia, że wiedzą, co taka nieproszona wizyta może oznaczać.

Kalinka schodzi z wagonu siada w kucki i gotuje kaszę. Dwie cegły ustawione pionowo to cała kuchenka. Na jasny słomiany ogień, rzuca przygotowane drzazgi, z trzaskiem łamie pozbierane patyki i szczapy drewna. Trzeba się spieszyć. Nigdy nie wiadomo jak długo pociąg zatrzyma się na stacji. Te kaszę gotuje już od kilku postojów, które okazały się za krótkie na przygotowanie posiłku.

- Przypalisz- ostrzega Jemiec, więc Kalinka miesza łyżką gęstniejącą potrawę. Próbuje odrobinę parząc wargi i język.

- Twarda…(…)

Mimo iż widoczne, samoloty niemieckie nie były atakowane. Taktyka zabraniała otwierania ognia do jednostek na dużych wysokościach. Wiązało się to po części z chęcią uniknięcia rozpoznania przez wroga siły jednostek nad którymi przelatywał. Tak było i tym razem. Nie oznaczało to jednak, że dywizjon czekał bezczynnie na atak. Dowódca po rozpoznaniu samolotów, czynił starania u komendanta stacji oraz w sztabie w Kijowie, aby transport jednostki mógł ruszyć o zmroku. Niestety, zakorkowana linia kolejowa nie dawała na to szans. Zarządzono więc od godziny 17 alarm bojowy.

Kanonier Kalinka jako przelicznikowy należał do zespołu kaprala Dębniaka, dowódcy działonu pierwszej baterii, która miała osłaniać transport całego dywizjonu. Oprócz niego w skład grupy wchodzili dwaj celowniczowie Dedyś i Makuchowski, a także drugi przelicznikowy Jaszczyszyn oraz ładowniczy i wręczyciel. Obsługa czekała na swoją kolej w dyżurze.

(…)- Kalinka, kalinka, kalinka maja…

- O tobie śpiewają – Dębniak sadowi się na krawędzi platformy obok dyndającego zwieszonymi nogami Kalinki.

Kanonier błysnął uśmiechem w stronę kaprala, zeskoczył z platformy i podbiegł do grupy żołnierzy radzieckich. Jakiś wesoły fizylier poczęstował Kalinkę skrętem (…)

Dyżur pierwszego działonu rozpoczął się o 20.00, wyznaczony przez dowódcę pierwszej baterii porucznika Kanonienkę. Zespół Kalinki miał do dyspozycji 60 sztuk amunicji, czyli dwie skrzynie. Dowódca nie wydał rozkazu na powiększenie zapasu…

(…) - Upiekło się nam – zacierał ręce Kalinka. Do północy popatrzymy w gwiazdy, a później spać do rana. Tym po nas będzie gorzej. Im noc całkiem diabli wzięli.

- Najgorszy czas od godziny duchów do czwartej – powiedział Dedyś – Zimno jak cholera! – wstrząsnął się od chłodu osiadającego mu plecach.

- Każde dwie pierwsze godziny najgorsze – podzielił się swoim doświadczeniem Jaszczyszyn – Kiedy minie połowa czasu służby, to jakbyś z górki jechał.

- Mniej gadać chłopcy – Dębniak wchodził w swoją rolę dowódcy działonu. Na co dzień byli kolegami, ale w okresie pełnionej służby starał się przypominać im o obowiązkach podwładnych. Ściszyli głosy, ale nie przerwali rozmowy. To było dziwne nawet, zdążyli przecież poznać się na wylot, a jednak tematów do rozmowy nie brakowało nigdy. Mówiono o swoim własnym życiu, o tęsknotach i pragnieniach, o tym co będzie, kiedy wreszcie przyjdzie koniec wojny i dziwili się sobie, że ich wyobraźnia jakoś nie mogła sięgnąć poza ów, wciąż nieznany, a jednak niechybnie zbliżający się termin.