Strona rodziny Nowickich
Strona Główna | MÓJ BLOG | RÓD JAKUBA | GENEALOGIA | MIEJSCA | GROBY | FORUM JAKUBOWE | KONTAKT |
Nawigacja
Strona Główna
MÓJ BLOG
RÓD JAKUBA
GENEALOGIA
MIEJSCA
GROBY
FORUM JAKUBOWE
FOTKI
CIEKAWE STRONY
KONTAKT
co nowego?
Download
Kategorie Newsów
FAQ
Szukaj
Online
Gości Online: 1
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanch Uzytkowników: 29
Nieaktywowany Użytkownik: 23
Najnowszy Użytkownik: Wojciech
Ostatnie Artykuły
Karta sierżanta Mich...
Anna Nowicka - przełom?
Jakub młodszy, odnal...
Najmłodszy bohater s...
DRUŻBIN
Najmłodszy bohater spod Darnicy

8 kwietnia minęła 69-ta rocznica bitwy polskich przeciwlotniaków, stoczonej z trzema eskadrami niemieckich Junkresów Ju-88, na stacji kolejowej w Darnicy (dziś jedna z dzielnic Kijowa).  Chrzest bojowy 1 Samodzielnego Dywizjonu P-lot, działającego w składzie Armii Berlinga, okupiony został śmiercią 51 żołnierzy polskich, w tym kanoniera Zdzisława Kalinki, syna Michała i Bronisławy z domu Nowickiej, siostry mojego pradziadka.

Opis tej bitwy znalazł się w kilku publikacjach, w tym fabularyzowanej książeczce, z popularnej niegdyś serii „z tygrysem”. Właśnie w pozycji Stanisława Biskupskiego z 1968 roku, możemy przeczytać jak wyglądały ostatnie godziny życia młodego żołnierza. Oto historia obrońcy darnickiego, a zarazem najmłodszego żołnierza tamtej bitwy, któremu nie dane było z wojny wrócić do rodzinnego domu.

Pierwszy dywizjon przeciwlotniczy sformowany został w Sielcach nad Oką 17 lipca 1943 roku. W jego skład wchodzili Polacy z różnych stron ZSRR, którzy nierzadko przemierzali tysiące kilometrów, aby wstąpić do polskiego wojska. Armia  Berlinga dla wielu była drugą szansą (po ewakucaji Korpusu Andersa) wydostania się z łagrów, lodowatych syberyjskich uroczysk, miejsc zesłania, gdzie wegetowali w nieludzkich warunkach, wywiezieni z całymi rodzinami przez sowietów po 17 września 1939 r. Tak było również w wypadku Zdzisława Kalinki (ur. w 1926 roku), który całą rodziną: ojcem, matką, siostrami Adaminą i Krystyną oraz starszym bratem Czesławem wywiezieni zostali z Wilna do azjatyckiej części ZSRR. Ojciec Michał i siostra Zdzisława - Krystyna,  mieli szczęście i razem z Armią Andersa ewakuowani zostali do Iranu kilkanaście miesięcy wcześniej. Młody Zdzisław został powołany jako poborowy przez komisję wojskową w jednej z zagubionych na Syberii wiosek przesiedleńców. Trafił do polskiej jednostki podczas jej szkolenia na smoleńszczyźnie, prawdopodobnie na przełomie 1943 i 1944 roku. Był najmłodszym żołnierzem w oddziale i jak wspominają po latach weterani - jego ulubieńcem, nad którymi starsi koledzy starali roztaczać się na ile mogli opiekę. 

Pierwotnie na stanie jednostki służyło 30 oficerów 99 podoficerów, 184 szeregowych, czyli w sumie 314 ludzi. Pierwszym dowódcą dywizjonu został podczas formowania ogniomistrz Józef Kruszyna. Pod koniec sierpnia dywizjon został już w pełni uzbrojony i składał się z trzech pełnych baterii: pierwszej i drugiej baterii małokalibrowej z działami 37 mm oraz trzeciej średniokalibrowej uzbrojonej w działa 85 mm, a także plutonu ckm, sztabu dywizjonu, sztabu dowodzenia, plutonu zaopatrzenia bojowego i kwatermistrzostwa.

Bateria małokalibrowa składała się z 4 dział 37 mm, których obsługę stanowili: celowniczy kierunku, celowniczy położenia, pierwszy przelicznikowy, drugi przelicznikowy, ładowniczy oraz dwaj doręczyciele amunicji, a więc 7 ludzi. Bateria średniokalibrowa składała się również z 4 dział, ale w skład obsługi działa wchodziło 6 osób: kierunkowy, podniesieniowy, odczytywacz zapalnika, ładowniczy, dwóch nastawniczych. Na stanie baterii był też PC - przyrząd do kierowania ogniem, niezależny od dalmierza obsługiwany przez 10 osób.

Szkolenie wedle Jerzego Ostrowskiego, autora książki „Pierwszy przeciwlotniczy”, było pospieszne. Problem stanowiło nie tylko różne wyszkolenie bojowe składu dywizjonu, ale także brak polskich oficerów, których zastępowali Rosjanie, co rodziło problemy od komunikacji poczynając do (możemy się domyślać) prawdopodobnej nieufności Polaków wobec czerwonoarmistów, pełniących obowiązki Polaka. Tym ostatnim elementem mieli się zajmować oficerowie polityczni, którzy niejednokrotnie indoktrynowali zwłaszcza młodszych żołnierzy, co powodowało na początku spore problemy , zwłaszcza u ciężko doświadczonych przez sowieckie łagry zesłańców, którym obca była komunistyczna ideologia. Próbowano na pierwszy plan wysunąć kwestię wspólnej walki z Niemcami, co miało być podłożem, dla dalszej pracy „oświatowej” nad rekrutami.

Instruktorzy stosowali różne metody kształcenia bojowego wobec swoich podwładnych. Dowódca dywizjonu mjr Włodzimierz Sokołowski, wpajał m.in. swoim żołnierzom nawyk biegania, podczas wszelkich czynności bojowych, co miało według relacji jego podkomendnych, uczynić ich sprawniejszymi i uratować wielu z nich życie w boju.

6 stycznia 1944 r. dywizjon wysłany jest, po kilkumiesięcznym szkoleniu, na smoleńszczyznę. Tam zostaje wyładowany na stacji Poczynek. Stanowił on osłonę przeciwlotniczą dla elementów 2 Dywizji Piechoty. Dywizjon musiał być  stałej gotowości bojowej. Głównym systemem organizacyjnym dla takiego charakteru służby, był dyżurny operacyjny (DO) stanowiska dowodzenia dywizjonu. Służbę tę pełnili oficerowie sztabu, którzy analizowali meldunki  punktów obserwacyjnych i sprawdzali sytuację na mapach. Prowadzili również łączność z jednostkami lotniczymi, tak aby uniknąć ostrzału swoich samolotów. Dwa razy dziennie dyżurni oficerowie baterii składali DO meldunki. Cztery razy w ciągu doby zarządzał on również tzw. sprawdzanie czasu w pododdziałach .

W Poczynku służba ze względu na srogą zimę odbywa się w trudnych warunkach. Tak opisuje to w swej książce Stanisław Biskupski:

(…) Zamarznięta skorupa smoleńskiej ziemi nie poddawała się łatwo. Łomami i kilofami wgryzali się w jej stwardniały miąższ, wybierali z jej wnętrza ciężkie grudy, drążąc wykop na działa, zasypywany nieustannie śnieżną zamiecią. Dół przykryty deskami musiał wystarczyć za miejsce noclegu. Po kilku dniach, kiedy tlący się wewnątrz piecyk wysuszył już ściany ziemianki i woda przestała wyciekać z zamarzniętej ziemi, poczuli się tutaj jak w domu (…)

Dywizjon zostaje w dalszej kolejności przerzucony na szlak Smoleńsk – Kijów do wsi Łaptiew. Nadal trwają ćwiczenia załóg baterii. Obsługa dział 37 mm miała, w ciągu 20 sekund od ogłoszenia alarmu, być gotowa do otworzenia ognia, a bateria dział 85 mm w minutę. Dywizjon stacjonuje na smoleńszczyźnie do 23 marca 1944 r.

Miejscem, gdzie jednostka  miała stoczyć swoją pierwszą walkę, była stacja kolejowa na węźle z miejscowości Darnica, nad brzegami Dniepru, pod Kijowem. Jednostka miała osłaniać transporty 1 Armii WP i równocześnie przemieszczać się koleją aż do Żytomierza. Osłonę transportu stanowiło działo 1 baterii w części czołowej oraz pluton karabinów p-lot. Dalej pociąg składał się z kolumny z ludźmi i zaopatrzeniem, sprzętem artyleryjskim oraz wagonem z amunicją. Na końcu składu znajdowały się 3 działa 1 baterii oraz drużyna p-lot karabinów maszynowych. Ogień z wagonów miały w razie potrzeby prowadzić działa i karabiny 1 baterii. Dywizjon dotarł na stację 7 kwietnia, gdzie znajdowały się duże transporty z zaopatrzeniem i wojskiem jadącym na front.

Żołnierze 1 baterii por. Kanonienki po bitwie darnickiej.

W godzinach południowych pojawiła się złowieszcza zapowiedź krwawej bitwy. Dwa samoloty rozpoznawcze Luftwaffe przeleciały nad dużej wysokości nad węzłem fotografując węzeł kolejowy:

(…) Z wysokości platformy wagonowej dwa lśniące w słońcu samoloty wyglądają jak trzmiele. Ich jednostajne brzęczenie brzmi w uszach obco i wrogo. Nie zdradzają zamiaru przejścia do ataku, a mimo to ich pojawienie się budzi niepokój. Kanonier Kalinka siedzi w otwartych drzwiach wagonu towarowego i w skupieniu śledzi lot drapieżnych owadów.

- Typ?

Kalinka dostrzega dowódcę, majora Sokołowskiego, który w płaszczu narzuconym na ramiona zatrzymuje się obok. Na rzucone pytanie kanonier uśmiecha się . Zna już te sylwetki na pamięć. Zaimprowizowany egzamin nie może wypaść źle.

- Heinkel 111 – odpowiada bez namysłu.

Major kiwa głową z uznaniem i obaj wpatrują się w dwa błyszczące punkty. Milknie gwar, z otwartych drzwi wagonów wychylają się głowy żołnierzy śledzących wrogi lot.

Stacja zapchana transportami wojskowymi. To wzmaga uczucie zagrożenia. Rzędy czerwonych wagonów towarowych ciągną się długimi wężami, tworząc między sobą wąskie korytarze. Ktoś gra na harmonii. Z dala dochodzi głos śpiewu.

- Smoriat, sukinsyny – zauważa radziecki żołnierz wskazując brodą w kierunku samolotów.(…)

Obaj mają już na tyle doświadczenia, że wiedzą, co taka nieproszona wizyta może oznaczać.

Kalinka schodzi z wagonu siada w kucki i gotuje kaszę. Dwie cegły ustawione pionowo to cała kuchenka. Na jasny słomiany ogień, rzuca przygotowane drzazgi, z trzaskiem łamie pozbierane patyki i szczapy drewna. Trzeba się spieszyć. Nigdy nie wiadomo jak długo pociąg zatrzyma się na stacji. Te kaszę gotuje już od kilku postojów, które okazały się za krótkie na przygotowanie posiłku.

- Przypalisz- ostrzega Jemiec, więc Kalinka miesza łyżką gęstniejącą potrawę. Próbuje odrobinę parząc wargi i język.

- Twarda…(…)

Mimo iż widoczne, samoloty niemieckie nie były atakowane. Taktyka zabraniała otwierania ognia do jednostek na dużych wysokościach. Wiązało się to po części z chęcią uniknięcia rozpoznania przez wroga siły jednostek nad którymi przelatywał. Tak było i tym razem. Nie oznaczało to jednak, że dywizjon czekał bezczynnie na atak. Dowódca po rozpoznaniu samolotów, czynił starania u komendanta stacji oraz w sztabie w Kijowie, aby transport jednostki mógł ruszyć o zmroku. Niestety, zakorkowana linia kolejowa nie dawała na to szans. Zarządzono więc od godziny 17 alarm bojowy.

Kanonier Kalinka jako przelicznikowy należał do zespołu kaprala Dębniaka, dowódcy działonu pierwszej baterii, która miała osłaniać transport całego dywizjonu. Oprócz niego w skład grupy wchodzili dwaj celowniczowie Dedyś i Makuchowski, a także drugi przelicznikowy Jaszczyszyn oraz ładowniczy i wręczyciel. Obsługa czekała na swoją kolej w dyżurze.

(…)- Kalinka, kalinka, kalinka maja…

- O tobie śpiewają – Dębniak sadowi się na krawędzi platformy obok dyndającego zwieszonymi nogami Kalinki.

Kanonier błysnął uśmiechem w stronę kaprala, zeskoczył z platformy i podbiegł do grupy żołnierzy radzieckich. Jakiś wesoły fizylier poczęstował Kalinkę skrętem (…)

Dyżur pierwszego działonu rozpoczął się o 20.00, wyznaczony przez dowódcę pierwszej baterii porucznika Kanonienkę. Zespół Kalinki miał do dyspozycji 60 sztuk amunicji, czyli dwie skrzynie. Dowódca nie wydał rozkazu na powiększenie zapasu…

(…) - Upiekło się nam – zacierał ręce Kalinka. Do północy popatrzymy w gwiazdy, a później spać do rana. Tym po nas będzie gorzej. Im noc całkiem diabli wzięli.

- Najgorszy czas od godziny duchów do czwartej – powiedział Dedyś – Zimno jak cholera! – wstrząsnął się od chłodu osiadającego mu plecach.

- Każde dwie pierwsze godziny najgorsze – podzielił się swoim doświadczeniem Jaszczyszyn – Kiedy minie połowa czasu służby, to jakbyś z górki jechał.

- Mniej gadać chłopcy – Dębniak wchodził w swoją rolę dowódcy działonu. Na co dzień byli kolegami, ale w okresie pełnionej służby starał się przypominać im o obowiązkach podwładnych. Ściszyli głosy, ale nie przerwali rozmowy. To było dziwne nawet, zdążyli przecież poznać się na wylot, a jednak tematów do rozmowy nie brakowało nigdy. Mówiono o swoim własnym życiu, o tęsknotach i pragnieniach, o tym co będzie, kiedy wreszcie przyjdzie koniec wojny i dziwili się sobie, że ich wyobraźnia jakoś nie mogła sięgnąć poza ów, wciąż nieznany, a jednak niechybnie zbliżający się termin.

Noc zakrywa twarze, wyzwala tlące się w nich tłumione od godzin podniecenie. Ładowniczy cokolwiek za nerwowo wsuwa łódkę z amunicją, patrzy  na działo poklepując je po zamku, wyrażając w tym geście swoje zaufanie do powierzonego mu sprzętu.

- Mają tu chyba jeszcze jakąś obronę…- szepce Dedyś rozglądając się dokoła.

- Nie widziałeś? – dziwi się Kalinka, który zdążył już dokładnie spenetrować okolicę – Co najmniej dywizjon. Damska obsługa.

Jaszczyszyn krzywi się.

- Też…- mówi z przekąsem.

- Coś ty taki wróg kobiet?

- Wróg nie wróg. Przypomina mi się ta piosenka: „Słuchajcie wesołej nowinki, będzie pobór na dziewczynki..” i jakoś tak dalej „a te grube i pękate posadzimy na armatę”. I posadzili…

- Widziałem te ich pękate jak mówisz – odzywa się Makuchowski – Dmuchają z dział aż miło.

- Pomożemy – mówi z przekonaniem Dębniak.

Makuchowski mimo woli poprawia się w siodełku

- Może obejdzie się bez naszej pomocy – oburza się nagle Kalinka – Zebrało się wam na krakanie.

Ten głos był potrzebny. Rozmowa się urwała, zapadła cisza, po czym Dębniak mówił coś o rodzinie pozostawionej w Atbasar, gdzieś w Kazachstanie. Temat „rodzina” jest niewyczerpany. Można o tym mówić godzinami. Tolerancyjni są wszyscy. Cierpliwie wysłuchują opowiadań, znanych każdemu prawie na pamięć. W ten sposób mija czas, skraca się oczekiwanie na jutro. O tym nikt na głos nie mówi, „żeby nie zapeszyć”. To jutro jest upragnione, choć jest nieznane, nabrzmiałe niepewnością i lękiem.

„Z górki” czas rzeczywiście płynie szybciej. Od godziny 23 dzieli ich do odpoczynku tylko 60 minut (…) O godzinie 24 kapral Dębniak zakończył dyżur, ustępując miejsca kolejnemu działonowi. Do własnego wagonu jest zaledwie kilka kroków. Twarde piętrowe prycze nęcą jak królewskie łoża.

- Nie rozbierać się! – ostrzega Dębniak swoich chłopców – Co najwyżej fufajki.

Sam kładzie się w mundurze, podsuwa łokieć pod głowę. Oczy kleją mu się same. Zasypia natychmiast. Jest godzina 00.10. W pół godziny później w zapadłą właśnie ciszę wdziera się przeraźliwe wycie syreny, rozlega się dudnienie gongów, krótkie urywane sygnały parowozów. W niebo wytryskują snopy światła, ich krańce załamują się na chmurach, przebiegają po nich nerwowo, krzyżują ze sobą w gorączkowych poszukiwaniach. Sen pierwszej minuty jest najgłębszy. Dębniak nie słyszy nic. Ktoś wali w drzwi wagonu, łomocze pięściami w twarde, grube dechy.

- Alarm! Alarm! Pierwsza bateria do dział!

Nalotu dokonały trzy, mocno przetrzebione, ale zaprawione w boju dywizjony Luftwaffe. Łącznie 47 samolotów, głównie bombowców nurkujących Junkers Ju-88. Samoloty wystartowały o godzinie 23.00, a nad celem pojawiły się o godzinie 0.40. Pierwsze bomby jakie zostają zrzucone przez Niemców, są ładunkami oświetleniowymi, które mają ułatwić załogom celne trafianie w składy wojskowe. Działon kanoniera Kalinki otwiera ogień do bomb zapalających.

(…) Wydaje się niemożliwe, aby cichy jeszcze przed chwilą świat zamienił się w piekło. W dali poza ich transportem płoną trafione bombami wagony. Łuna rozlewa się po niebie, drga niespokojnie, oblewa czerwienią noc, potęgując niesamowite wrażenie. Dębniak zaciska wargi do bólu, bijąc tam skąd dochodzi warkot (…)

Nagle za rojem opadających flar, pojawia się sylwetka Niemca lecąca prosto na pociąg.:

(…) Napastnik atakuje schematycznie. Dębniak zauważa ten sam manewr, powtarzany przez kolejne samoloty. Spadają w jasność niemal w tym samym punkcie, na tym samym kierunku (…) Krótki ułamek sekundy i seria pocisków pruła w powietrze w kierunku nieprzyjaciela. Dym i błysk zasłonił na chwilę pole widzenia. Ktoś krzyknął „Dostał!”. Spada pierwszy samolot strącony przez działon kaprala Dębniaka (…).

Po bitwie żołnierze odnaleźli szczątki tego samolotu, obok którego leżały zwłoki dwóch niemieckich lotników. Jeden z nich miał na mundurze przypięte aż 3 krzyże żelazne. Prawdopodobnie był to samolot dowódcy eskadry.

Walka trwa nadal. Polacy kładą skuteczny ogień zaporowy, ale w pierwszym działonie pojawia się problem, pokutuje skąpy zapas amunicji wydany podczas alarmu bojowego działonowi. 60 sztuk pocisków szybko się wyczerpuje, a  zapas znajduje się w wagonie amunicyjnym. Tak rozpoczyna się dramat młodego żołnierza Kalinki, który barwnie opisuje w swojej książce Biskupski:

(…) Jaszczyszyn rzuca okiem do skrzynki i widzi jej dno.

- Amunicja! Brak amunicji!

Dębniak rozgląda się dokoła, jak gdyby szukał jej zapomnianych zapasów gdzieś w pobliżu.

Kalinka zeskakuje z platformy i w tej chwili pada plackiem na ziemię: bomby uderzają gdzieś obok, odłamki przelatują, uderzają z metalicznym dźwiękiem w koła wagonu.

- Idę po amunicję! – krzyczy poprzez rosnący tumult.

- Pomogę! – ofiarowuje się Jaszczyszyn.

Pożar wybucha w kilku miejscach. Gejzery płomieni wznoszą się w górę, uderzają żarem w twarz. Kalinka przesłania łokciem oczy od bijącego blasku. W zębach czuje pył, woń spalenizny, drażni nozdrza. Nowy wybuch i Jaszczyszyn znika za chmurą wzniesionego pyłu. Bomba trafia w jeden z wagonów na sąsiednich torach. Podmuch przynosi czyjś cichy, zduszony jęk. Kalinka zwraca się w tym kierunku, ale wzrok nie sięga poza krańce blasku, w środku którego leży sam, obnażony przez światło, odkryty, wystawiony na cel. Uczucie nagłego zagrożenia jest tak silne, że Kalinka wpełza pod wagon, wtula twarz w twarde, pachnące smołą podkłady. Pod rozcapierzonymi palcami wpijającymi się w ostry, kaleczący żwir dygoce ziemia i głuche, kołyszące światem stuknięcia. Tym razem gdzieś dalej. Trzeba skorzystać z tej chwili ciszy. Kalinka wydostaje się spod wagonu, przebiega pędem wzdłuż pociągu, poprzez opadający kurz stara się rozpoznać wagon, którego szuka. W rozwartych wrotach panuje ciemność. Zagląda do środka, przeciera piekące oczy, wreszcie trafia. Wspina się do wagonu, podsuwa ku jego drzwiom dwie skrzynki. Są ciężkie, nie udźwignie ich razem, ale kiedy przybiegnie tu ponownie, jedna z nich będzie już czekać. To skróci czas, działo  nie może zamilknąć.

Przyklęka, wciąga skrzynkę na bark, osty jej kant boleśnie wpija się w szyje. Biegnie przed siebie potykając się co chwila o rozrzucone strzępy desek z rozbitych wagonów. Kolejny wybuch bomby rozpala nowe ognisko niemal tuż za jego plecami. Kalinka ogląda się do tyłu i w tej chwili czuje gorące ukłucie w bok. Jeszcze nie rozumie bólu, który krwawą plamą rozlewa się po mundurze. Świat zatraca swój blask, kołysze się w oczach jak opętany, cichną głosy bitwy i wydaje się, że zewsząd spływa nieskończenie upragniony spokój…

Ostatnia ! – Dedyś pakuję w prowadnicę łódkę z nabojami i bezradnym gestem rozchyla ramiona. Obie skrzynki stoją obok puste i niepotrzebne.

- Kalinka! Gdzie Kalinka?

Nie wiedzą jak długo trwa jego nieobecność. Czas mierzy się teraz na minuty. Między jednym rykiem samolotu a drugim następują chwile wyczekiwania na ów ostatni moment, który może nastąpić w każdej sekundzie. Te chwile rozciągają czas w nieskończoność.

Porucznik Tatarski zeskakuje z platformy, pochyla głowę, szybko przebiega wzdłuż wagonów. Deszcz odłamków z  furkotem uderza w ziemię. Porucznik wsuwa się w głąb gryzącego dymu, biegnie na oślep, potyka się o rozciągnięty na ziemi cień człowieka…

- Poruczniku…

W zimnym blasku oświetlających bomb twarz żołnierza jest trupioblada.

- Kalinka!

- Poruczniku…powtarza tamten przytrzymując oficera za rękę – Nie trzeba…tam… - oczyma wskazuje na stronę, skąd pochodzi ciepło rozszerzających się płomieni…- Wagon z amunicją pali się, nie można już…za późno…

Tatarski ociera pot z czoła, mimo woli patrzy w tamtą stronę. Nie wie czy tak jest rzeczywiście jak mówi Kalinka, ale w tym piekle wszystko jest możliwe. W dali kilka ognisk pożarów łączy się w jedno morze płomieni. Czerwień łuny rozpala niebo, różowi wysokie chmury. Wydaje się, że są w środku płonącego świata, że zewsząd otacza ich ogień, przed którym nikt ujść nie zdoła.

Tatarski chce wyszarpnąć rękę, ale palce Kalinki zaciskają się mocniej.

- Nie…nie!

Lekki wiatr rozwiewa na chwilę dym i dopiero teraz porucznik widzi, że Kalinka jest przygnieciony skrzynką amunicji. Odsuwa ją o dostrzega brunatną plamę krwi na mundurze żołnierza. Zębami rozdziela drelich, odrywa kawałek koszuli, przykłada tampon do krwawiącego ciała. Kalinka syczy z bólu, oczy płoną ogarniętą go gorączką.

Tatarski wstaje, podnosi skrzynkę i przez chwilę jeszcze patrzy na leżącego.

- Czekają…- szepce Kalinka – prędzej!.

Porucznik zrzuca z siebie płaszcz, przykrywa nim żołnierza.

- Wrócę tu po Ciebie…

Z góry wwierca się w ziemię nowy gwizd serii bomb (…)

Oficerowie 1 D Plot. Pierwszy z lewej siedzi por. Tatarski.

Polscy przeciwlotniacy wespół  z rosyjskim dywizjonem walczą dalej. Działon kaprala Rogowskiego strąca kolejnego junkersa. Tymczasem w platformę działonu, którego ogniem kieruje porucznik Kanonienko tafia bomba, która zabija oficera i ciężko rani ppor. Rekucia. Trzecie działo dowodzone przez kaprala Rogowskiego walczy dalej, atakowane jest przez kilka samolotów jednocześnie. Bomba trafia prosto w platformę zabijając całą załogę. Wśród ginących żołnierzy jest też kapral Kurczewski, dowódca stanowiska karabinów. Po zacięciu się jednego z peemów, którym ostrzeliwał wroga, chwyta za drugi na końcu platformy, strzelając do nurkujących samolotów, gdy jedna z bomb trafia w wagon zabijając go na miejscu. Podmuch był tak silny, że wyrzucił innego kaprala - Wróblewskiego kilka metrów, rzucając bezwładnie jego ciałem o słup telegraficzny stojący przy torowisku.

Podczas godzinnego nalotu, Niemcy zrzucali głównie jednotonowe bomby burzące i zapalające. Straty w ludziach i sprzęcie były bardzo duże. Wśród zgliszcz wagonów leżało mnóstwo ciał trudnych do zidentyfikowania. Każdemu trzeba było rozpiąć fufajkę, aby ustalić narodowość żołnierza i odnaleźć legitymację. Ciała były mocno osmalone. Wiele zwłok można było rozpoznać jednie dzięki charakterystycznym szczegółom. W nalocie ginie 49 żołnierzy polskich, a 68 zostaje rannych. Pierwsza bateria traci ponad 70 % swojego stanu. Cześć rannych odwożona jest ambulansami do szpitala w Kijowie. Niemcy stracili 5 samolotów. Polacy 3 działa.

(..) Kalinka dygoce pod narzuconym przez porucznika Tatarskiego płaszczem, kiedy dwaj sanitariusze ostrożnie układają go na noszach.

- Wsio budiet charaszo – uśmiecha się do niego wąsaty, obcy mężczyzna, więc Kalinka chce mu również odpowiedzieć uśmiechem, ale twarz wykrzywia się w żałosnym grymasie. Nagle przypomina sobie ojca, dom rodzinny i wydaje mu się, że za chwilę znajdzie się u siebie w swoim mieszkaniu, że matka pochyli się nad jego łóżkiem, obrzuci go troskliwym wzrokiem i powie, jak zawsze mówiła: „No widzisz, przeziębiłeś się”. I, że potem w nocy będzie mu gorąco jak zwykle po herbacie z malinami, ale już nazajutrz oczy utracą swój gorączkowy blask.

- Eto jeszcze malczyszka – słyszy nad sobą obcy, stłumiony głos.

- Malczyszka – potwierdza ktoś inny.

Nosze kołysają się miarowo i Kalince wydaje się, że niebo pochyla się nad nim w jedną i drugą stronę. Robi mu się słabo, przymyka oczy i do jego uszu dochodzi już tylko odgłos miarowych kroków (…)

Kanonier Zdzisław Kalinka umiera w drodze do szpitala wojskowego w Kijowie. Nie spoczywa we wspólnym grobie w Darnicy, razem ze swoimi towarzyszami. Pochowano go na cmentarzu Zwierińskim w Kijowie. Jego nazwisko widnieje jednak na płycie nagrobnej obok innych nazwisk żołnierzy z Dywizjonu.

W pracy korzystałem z obszernych fragmentów książek:

1. Stanisław Biskupski, Darnica godz. 0.40, Warszawa 1968.

2. Jerzy Ostrowski, Pierwszy przeciwolotniczy, Warszawa 1966.

 

  Komentarze
Brak komentarzy.
  Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
  Oceny
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
Ankieta
Czy uważasz, że warto szukać własnych korzeni?

Tak

Nie

Trudno powiedzieć

Musisz się zalogować, żeby móc głosować w tej Ankiecie.
Shoutbox
Tylko zalogowani mogą dodawać posty w shoutboksie.

Marcin Nowicki
24/02/2011 13:11
Pierwsze nieoficjalne info o terminie zjazdu: 9-10 lipca, szczegóły wkrótce smiley

Marcin Nowicki
07/12/2010 14:06
sprawdzam czy działa smiley

Copyright © 2006

113321 Unikalnych wizyt | Engine: PHP-Fusion v6.01.6 | Coffee Time Theme by Gry Online

Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie